Sklep na Shoperze i produkty na wymiar: co zmieniliśmy na v-slot.pl
Rozbudowa sklepu na Shoperze od strony kupującego: koszt wysyłki liczony z gabarytu, wymuszony wybór długości przy cięciu na wymiar, stan magazynowy w sztukach i datach, pasujące akcesoria i filtry z liczbą produktów. Case study wdrożenia na v-slot.pl.
Sklep na Shoperze i produkty na wymiar
Shoper dobrze radzi sobie z produktem, który ma jedną cenę i jedno pudełko. Kłopot zaczyna się tam, gdzie klient musi sobie produkt dobrać: przy profilu ciętym na wymiar, przy wariancie długości, przy komplecie, w którym jedna część pasuje do drugiej tylko w określonym rowku. Standardowa karta produktu zadaje wtedy klientowi pytania, na które sama nie odpowiada — a odpowiada na nie telefon do sklepu. Tak było na v-slot.pl. Poniżej opisujemy, co zmieniliśmy i co dzięki temu zniknęło z codziennej pracy sklepu.
Trzy pytania, które sklep odbierał codziennie
Nie zaczęło się od analizy zgłoszeń ani od raportu. Zaczęło się od tego, że w kolejnych rozmowach ze sklepem trzy pytania wracały uparcie — właściciel odpowiadał na nie raz za razem, przy różnych klientach i różnych produktach. To one wyznaczyły kolejność prac:
- Ile realnie zapłacę za wysyłkę? — bo na karcie stała jedna kwota, ta sama przy śrubce i przy dwuipółmetrowym profilu.
- Którą długość właściwie kupuję? — bo sklep zaznaczał wariant za klienta.
- Czy to do siebie pasuje? — bo pod produktem nie stało nic, co by to rozstrzygało.
Każde z tych pytań to miejsce, w którym strona zostawiła decyzję klientowi, nie dając mu danych do jej podjęcia. Rozbudowa sklepu polegała więc nie na dołożeniu funkcji, tylko na odpowiedzeniu na te pytania tam, gdzie się rodzą — na karcie produktu.
Wysyłka policzona dla tej długości, a nie „od 9,99 zł”
Sklep pokazywał jedną kwotę wysyłki, niezależnie od gabarytu. Klient kupujący komplet śrub i klient zamawiający profil o długości dwóch i pół metra widzieli dokładnie to samo. To kosztowało dwa razy: raz — niespodzianką w koszyku, czyli klasyczną przyczyną porzucenia zamówienia, drugi raz — telefonem z pytaniem „ile to naprawdę będzie".

Teraz kwota wylicza się z długości, którą klient właśnie wybrał. Krótki odcinek jedzie kurierem za 9,90 zł, dłuższy za 12,90 zł, a powyżej dwóch metrów paczka przestaje być paczką i wchodzi spedycja — 139 zł, z jednym zdaniem wyjaśnienia, dlaczego akurat tyle. Wyjaśnienie stoi przy wyborze, nie na ostatnim kroku zamówienia. Przy produktach, których się nie tnie, kwota bierze się wprost z danych sklepu: z gabarytu i wagi konkretnego towaru.
Przy okazji wyszło coś, czego nikt się nie spodziewał: maszyny mają w tym sklepie realnie darmową dostawę, a karta produktu grzecznie informowała „od 9,99 zł”. Sklep własnym opisem ukrywał swój najmocniejszy argument sprzedażowy.


Cięcie na wymiar: nie da się kupić długości, której klient nie wybrał
To była najdroższa rzecz do naprawienia i zarazem najmniej widoczna. Sklep sam zaznaczał pierwszy wariant długości. Klient, który przyszedł po dwa metry profilu, mógł przejść całe zamówienie z odcinkiem 91–100 cm i nawet nie zauważyć, że cokolwiek wybierał. Nikt go nie oszukał — strona po prostu zdecydowała za niego.
Skutek jest przewidywalny: reklamacja, zwrot i odcinek przycięty na wymiar, którego nie da się sprzedać nikomu innemu. Koszt pomyłki, którą sklep sam wywołał, zostaje po stronie sklepu.

Dziś w pierwszym kroku stoi „wybierz długość”, przycisk dodania do koszyka jest nieaktywny, a pod nim wyjaśnienie, dlaczego. Po wskazaniu zakresu koszyk się odblokowuje, klient wpisuje dokładny wymiar w centymetrach — z podpowiedzią, w jakich granicach się mieści, i z ostrzeżeniem, kiedy wyjdzie poza nie — a na końcu wybiera obróbkę. Kroki, które ma za sobą, dostają zielony numer, a pod spodem cały czas widnieje podsumowanie w rodzaju „Twój odcinek: 95 cm — 33,72 zł”.


Klient wie, co ląduje w koszyku, zanim tam trafi. Sklep przestaje płacić za nieporozumienie, którego sam był autorem.
„Dostępny” nic nie znaczy. „Na stanie: 399 szt.” znaczy
Klient, który składa maszynę w ten weekend, nie potrzebuje słowa „dostępny” — potrzebuje liczby i daty. Karta pokazuje więc realny stan magazynowy w sztukach i termin wysyłki przypisany do konkretnego produktu: przy jednym „wysyłka w 48 godzin”, przy innym „w 3 dni robocze”. To nie jest jedna obietnica na cały sklep.
Przy okazji uporządkowaliśmy wszystko, co stoi wokół przycisku zakupu. W standardowej karcie te informacje były rozsypane po tabelce pod ceną — producent w jednym wierszu, kod w drugim — a części z nich nie było wcale. Teraz marka i kod są nad tytułem, pod nim liczba sprzedanych sztuk i EAN, dalej cena brutto z ceną netto obok, bo w tym sklepie duża część zamówień idzie na fakturę. Ilość zmienia się przyciskami przy koszyku, a pod nim stoi pasek z tym, o co klient i tak zapyta: zwrot, faktura, odbiór osobisty.

To nie jest kosmetyka. Każda z tych informacji zastępuje jedną wiadomość, którą ktoś ze sklepu musiałby odpisać.
Zgodność, którą klient sprawdza sam — i komplet bez wracania do kategorii
W tym asortymencie o zgodności nie decyduje szerokość profilu, tylko typ rowka i przekrój. Różnica bywa myląca: profil T-SLOT 2020 ma rowek 6 mm, dokładnie jak V-SLOT, więc „po szerokości” wygląda na pasujący — a rolki V-Wheel w nim nie pojadą. Klient, który porównuje po nazwie i po jednej liczbie, zamawia część, którą odeśle.
Dlatego dane rozstrzygające zakup nie mogą być zdaniem w środku opisu. Pod galerią zdjęć była pusta kolumna — teraz stoi w niej tabela parametrów z osobnymi polami na rozmiar przekroju, typ rowka, szerokość rowka i kolor, a bezpośrednio pod nią cztery akcesoria pasujące do tego konkretnego profilu, z nazwami i cenami pobieranymi na żywo.
Dobierane są właśnie po typie rowka i przekroju, nie po szerokości — nagłówek modułu mówi wprost „Pasuje do tego profilu · rowek 6 mm”. Podpowiedź zbudowana naiwnie, po podobieństwie nazwy, generowałaby zwroty zamiast je kasować.

To samo rozróżnienie wróciło na stronach kategorii jako filtr: „Typ rowka” z opcjami V-Slot i T-Slot stoi obok „Szerokości rowka” z wartościami 6, 8 i 10 mm. Klient zawęża listę do tego, co pasuje do jego konstrukcji, zamiast zgadywać z nazw.
Co widzi klient
Parametry rozbite na osobne pola, cztery elementy pasujące do oglądanego profilu z cenami — i te same parametry jako filtry, którymi zawęzi listę do pasujących pozycji.
Czego nie robi już sklep
Nie tłumaczy przez telefon, czy rolka wejdzie w rowek, i nie przyjmuje zwrotu części kupionej na podstawie podobnej nazwy.
Menu i filtry: szukanie w całym sklepie, nie w jednej gałęzi
Drzewo kategorii liczy tu kilkaset pozycji, a sklep pokazuje w kodzie strony tylko tę gałąź, w której klient akurat stoi. Dlatego boczne menu dostało pole wyszukiwania działające na całym drzewie: wpisana fraza znajduje kategorie także poza bieżącą gałęzią i wyświetla je pod nagłówkiem „w innych kategoriach”, razem ze ścieżką dojścia. Gałęzie zwijają się i rozwijają, aktywna kategoria ma zielony pasek, grubość kroju maleje z każdym poziomem, a strzałka mówi, gdzie da się zejść głębiej.


Na stronach kategorii było jedenaście identycznych, szarych list rozwijanych z napisem „(wybierz)”. Wyglądały tak samo i nie mówiły nic o tym, co się pod nimi kryje. Zastąpiliśmy je pigułkami z liczbą produktów przy każdej opcji, paskiem aktywnych filtrów, z którego można zdejmować pojedyncze warunki, i zwijanymi grupami. Grupy z jedną pozycją zeszły pod „pozostałe opcje”, a dwie grupy nazwane tak samo — „Długość [mm]”, w rzeczywistości dwa różne atrybuty sklepu — zostały scalone w jedną.

Liczba przy opcji filtra jest drobiazgiem, który zmienia sposób przeglądania: klient wie, ile produktów kryje się pod danym wyborem, zanim w niego kliknie — i nie trafia na pustą listę.
Pytanie zadane tam, gdzie się rodzi
Na karcie produktu stoją teraz przyciski „Zapytaj o produkt” i „Zadzwoń”, a samo okno zapytania zostało przebudowane. Doszedł też popup „Oddzwonimy”, który zapisuje kontakt jako lead. Sens jest prosty: pytanie, które wcześniej kończyło się zamknięciem karty, dziś kończy się rozmową — i to rozmową, w której handlowiec od razu wie, przy którym produkcie klient stanął.
Czego jeszcze nie wiemy
Nie podamy tu liczby w rodzaju „konwersja wzrosła o trzydzieści procent”, bo takiego pomiaru nie mamy. Wdrożenie jest świeże, a uczciwe porównanie wymaga zestawienia okresów i oddzielenia sezonowości od efektu zmian. Wolimy napisać, co zostało zmienione i dlaczego, niż dołożyć do internetu kolejny procent bez pokrycia.
To, co da się powiedzieć bez pomiaru, brzmi tak: każda z opisanych zmian usuwa konkretne pytanie, na które sklep wcześniej odpowiadał telefonicznie albo mailem. To jest praca, którą ktoś w firmie wykonywał codziennie.
Co z tego wynika dla Twojego sklepu na Shoperze
Standardowe motywy zakładają produkt prosty: jedna sztuka, jedno pudełko, jedna cena. W momencie, w którym Twój produkt ma wymiar, wariant albo regułę zgodności, ta sama karta zaczyna zostawiać klientowi decyzje, do których nie daje mu danych. Warto sprawdzić własny sklep pięcioma pytaniami:
- Czy klient widzi koszt wysyłki dla swojego gabarytu, zanim wejdzie do koszyka?
- Czy sklep zaznacza wariant za klienta, czy wymaga świadomego wyboru?
- Czy słowo „dostępny” da się zamienić na liczbę sztuk i datę wysyłki?
- Czy pod produktem stoi to, co naprawdę do niego pasuje — dobrane regułą techniczną, a nie podobieństwem nazwy?
- Czy filtry mówią, ile produktów kryje się pod opcją, zanim klient w nią kliknie?
Każde „nie” w tej liście to jeden telefon dziennie albo jeden porzucony koszyk. Podobną drogę opisaliśmy wcześniej przy sklepie z konfiguratorem ogrodzeń aluminiowych, a od strony automatyzacji zaplecza — w przewodniku o automatyzacji Shopera z n8n. Efekt wdrożenia opisanego wyżej można obejrzeć na żywo w sklepie v-slot.pl.
Sprzedajesz produkt, który klient musi sobie dobrać?
Rozbudowujemy sklepy na Shoperze o to, czego standardowy motyw nie przewiduje: wyceny na wymiar, reguły zgodności, realne koszty wysyłki i filtry, po których da się nawigować. Napisz, co dziś sprawia Ci najwięcej telefonów — powiemy, czy da się to przenieść na stronę.
Porozmawiajmy o Twoim sklepie →